Dodatki na bloga
Blog > Komentarze do wpisu
LUCJAN I MIKADO- CZ.2

Pewnego dnia, a był to środek lata, pan Lucjan starym zwyczajem przyrządził sobie o  poranku parówkę, którą podzielił między siebie a pupila, wypił powolnie kilka łyków podłej kawy rozpuszczalnej a następnie wstał i wywlekając zza drzwi swojego pokoju całą stertę klamotów, dobył sfatygowaną wędkę i poszedł przygotować się do wymarszu na nadwiślański brzeg. Wykonał jeszcze pośpiesznie telefon do swojego kolegi Waldka, który tłumacząc się pokrętnie starał  ukryć fakt, że oto nad aparatem telefonicznym stała żona- Celina, czuwając, aby małżonek dotrzymał obietnicy o dzisiejszym montażu karnisza w salonie. – Waldemar, we łbie ci się poprzewalało na stare lata, ja ci tego nie poukładam. Nic to, bywaj. Ja tam idę, bo coś mnie dziś świerzbi w ręku, znaczy że ryby będą brały jak złoto. Pa….  Lucjan odłożył słuchawkę, zapakował swój rybacki ekwipunek, obróciwszy się w drzwiach, zawołał walającego się leniwie po dywanie Mikado, przekręcił klucz w zamku i szedł już do windy. Kilka kroków od mieszkania usłyszał, że dzwoni jego telefon. Zatrzymał się na chwilę. Pomyślał, że to pewnie Waldek zawiązał z żoną rozejm i zdecydował się towarzyszyć mu  w dzisiejszym wędkowaniu. Kiedy z powrotem otworzył drzwi, telefon nadal dzwonił, jednak nim zdążył do niego dobiec, aparat umilkł. Lucjan podniósł słuchawkę i wykręcił na powrót numer Waldka.- To ty do mnie dzwoniłeś przed chwilą? Nie...Aha. Nie pożegnawszy się Lucjan rzucił słuchawkę na widełki i ruszył do wyjścia. Nie zdążył wyjąć klucza, gdy dzwonek rozległ się ponownie. Podirytowany podszedł do telefonu i zniecierpliwionym głosem powiedział: - Halo? Zapanował dłuższa chwila ciszy, w której konfuzja Lucjana  rosła. – I kiedy on umarł? ...aha...to gdzie ja mam niby przyjść?... Panie.?!On nie ma naprawdę nikogo? Poszukaj pan... No gdzie ja teraz będę zwłoki z Gdańska ściągał, panie naprawdę... Ja jestem chory, mam nadciśnienie, nie mam siły na organizację pogrzebu, jeszcze  żeby kto mi pomógł ale ja sam jestem, psa mam....No dobra, to załatwcie chociaż ten karawan bo ja nie wiem, jak to się wszystko robi, co się podpisuje. Możecie chociaż tyle? No dobra...nie ma wyjścia. To kiedy przyjedzie nieboszczyk? Pojutrze. Dobrze no...Diabli nadali panie naprawdę. No nie miał kiedy umierać.... Do widzenia...Nie ma za co...

piątek, 15 stycznia 2010, mariaholka