Ostatnie wpisy
Zakładki:
Moja działalność
Ulubione
|
środa, 02 listopada 2011
RETROSPEKTAKL W KRAKOWIE
Dawno mnie tu nie było. Oj, bardzo dawno. Z okzaji powrotu zamieszczam link do filmu z Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Jestem tam sobie wraz z lubym. Gramy, śpiewamy. Zamieszczony w zamierzchłych czasach tekst Studni, doczekał się już jakiś czas temu muzyki a teraz można posłuchac efektu. Oczywiście walor dźwiękowy filmu z kamerki wspomaganego dodatkową fuszerką akustyków ( co w tym kraju jest absolutną normą- nie można przecież dla przykładu dobrze nagłośnić smyczków, to byłoby za trudne...) nie oddaje brzmieniowej pełni ale zamysł twórczy można odczytać bez problemu. No, więc tak to: http://www.youtube.com/watch?v=uh40_L5T9HQ
piątek, 15 stycznia 2010
LUCJAN I MIKADO CZ. 4
Obudził się po kilku godzinach w swoim fotelu, oblizywany przez własnego psa. -Odejdź Mikado, piesku...powiedział łagodnym głosem i zrzucił psa ze swoich kolan. Spojrzał w okno , zasępił się i przypomniał sobie rozmowę sprzed kilku godzin, Nieco już zdystansowany postanowił zacząć działać, zanim ciało kuzyna przyjedzie żałobnym wozem do miasta. Poprawił spodnie, wstał, zdjął z haczyka smycz psa, która przypominała bardziej kozi powrózek i ubrawszy w końcu uciekającego z przekorą Mikado, wyszedł na spacer. Popołudnie było gorące, ale dość wilgotne i przyjemne. Nieopodal stał kiosk. Lucjan skierował się ku niemu, aby zakupić kolejne wydanie jakiegoś brukowca oraz papierosy, równie niskiej klasy co gazeta. Wracając spotkał po drodze Helenę Korowaj, sąsiadkę z mieszkania naprzeciwko, starą plotkarę prosto z targowiska. Łączyła ich jednak wieloletnia sąsiedzka sympatia, którą zbudowali jeszcze w stanie wojennym pożyczając sobie cukier czy sól i zajmując kolejki u pobliskiego rzeźnika. - Panie Lucjanie dzień dobry! Krzyknęła z oddali postawna kobieta dzierżąc ciężkie siaty. - Co dobrego sąsiedzie? - Otóż nic dobrego pani Korowajowa. Nic dobrego. Właśnie dowiedziałem się, że zmarł mój daleki kuzyn z Gdańska - Ot i przykrość- weszła w słowo pani Helena - Taaa... bąknął Lucjan i ciągnął dalej. – Wie pani, niech on tam sobie w spokoju idzie od świętego Piotra, kiedyś trzeba. Najgorsze, że mnie się ta jego śmierć na łęb zwaliła. - Jak to? Spytała nieco oburzona mało empatyczną postawą Lucjana sąsiadka - Ano tak to pani Korowajowa. Tak to. Dziadyga jeden całe życie krowom pod ogony zaglądał a nie miał czasu dla własnej rodziny. Wiedział ze ja sam, i że on sam, to nigdy nie zadzwonił, życzeń na gwiazdkę nie złożył, Gdziee tam..- Machnął ręką. Widząc niezrozumienie w oczach rozmówczyni wytłumaczył- On oborę i skup mleka całe życie prowadził. Nic poza tym nie robił. Dało się z nim porozmawiać o Bogu i krowach. Nieważne zresztą pani Korowajowa. Najgorsze w tym wszystkim to, że teraz mućki pogrzebu mu jakoś nie chcą zorganizować i wszystko ja muszę LUCJAN I MIKADO CZ. 3
Pan Lucjan odłożył słuchawkę. Śmierć dalekiego kuzyna znad morza nie wywarła na nim specjalnego wrażenia. Jedyne, co go w tej chwili zasmuciło, to wizja najbliższych dni poświęconych załatwianiu ostatniej drogi komuś, kogo ostatni raz widział na pogrzebie własnego ojca. Andrzej Chołotko- stryjeczny brat matki, całe życie poświęcił prowadzeniu obory i punktu skupu mleka w podgdańskiej wsi. Praca z krowami absorbowała go do tego stopnia, że nigdy nie miał nawet głowy by złożyć komukolwiek z rodziny urodzinowe życzenia. Przydybany raz na jakiś czas przez któregoś z rodziców Lucjana, miał zwyczaj mawiać: „ Eej tam, ja bym się nawet odezwał, ale jak ja mogę o siedmiu zbójach rozprawiać, kiedy z tym interesem cały czas pod górkę. Proszę Boga i zakładam, że wysłucha, żeby mojej rodzince nic złego się nie działo i co tu gadać potem jak wiem, że to jakoś na pewno idzie. Nie?” Lucjan szczerze nie cierpiał postawy Andrzeja i poprzysiągł sobie nie odzywać się do niego po śmierci matki i ojca pod żadnym pozorem. Nie myślał jednak nigdy, że przyjdzie mu w udziale organizować pogrzeb kuzynowi, który całe życie zaangażowany w mlekodajne stworzenia, nie zdołał założyć własnej rodziny. -Psia mać, diabli nadali... – mruknął pan Lucjan. Zawiesił wzrok na psie Mikado, który nieświadom sytuacji saneczkował w najlepsze po dywanie ujadając co i raz. - Mikado! Złaź stąd! Gdzie mi dupą wycierasz?! Mikado odebrał krzyk Lucjana jako hasło do zabawy i przybiegłszy do swego pana, zaczął zaczepnie atakować jego kapeć. Pan Lucjan wziął do ręki gazetę i pogonił natręta w drugi koniec pokoju. Ten niezmordowany zaczął monotonnie szczekać - Kurwa twoja mać... Złość pana Lucjana urosła tak, że jego twarz spąsowiała a żyły wyszły mu na całym ciele. Obawiając się o swoje zdrowie, zmierzył ciśnienie, zanotował nieco za wysoki wynik na skrawku gazety i zażył pigułkę. LUCJAN I MIKADO- CZ.2
Pewnego dnia, a był to środek lata, pan Lucjan starym zwyczajem przyrządził sobie o poranku parówkę, którą podzielił między siebie a pupila, wypił powolnie kilka łyków podłej kawy rozpuszczalnej a następnie wstał i wywlekając zza drzwi swojego pokoju całą stertę klamotów, dobył sfatygowaną wędkę i poszedł przygotować się do wymarszu na nadwiślański brzeg. Wykonał jeszcze pośpiesznie telefon do swojego kolegi Waldka, który tłumacząc się pokrętnie starał ukryć fakt, że oto nad aparatem telefonicznym stała żona- Celina, czuwając, aby małżonek dotrzymał obietnicy o dzisiejszym montażu karnisza w salonie. – Waldemar, we łbie ci się poprzewalało na stare lata, ja ci tego nie poukładam. Nic to, bywaj. Ja tam idę, bo coś mnie dziś świerzbi w ręku, znaczy że ryby będą brały jak złoto. Pa…. Lucjan odłożył słuchawkę, zapakował swój rybacki ekwipunek, obróciwszy się w drzwiach, zawołał walającego się leniwie po dywanie Mikado, przekręcił klucz w zamku i szedł już do windy. Kilka kroków od mieszkania usłyszał, że dzwoni jego telefon. Zatrzymał się na chwilę. Pomyślał, że to pewnie Waldek zawiązał z żoną rozejm i zdecydował się towarzyszyć mu w dzisiejszym wędkowaniu. Kiedy z powrotem otworzył drzwi, telefon nadal dzwonił, jednak nim zdążył do niego dobiec, aparat umilkł. Lucjan podniósł słuchawkę i wykręcił na powrót numer Waldka.- To ty do mnie dzwoniłeś przed chwilą? Nie...Aha. Nie pożegnawszy się Lucjan rzucił słuchawkę na widełki i ruszył do wyjścia. Nie zdążył wyjąć klucza, gdy dzwonek rozległ się ponownie. Podirytowany podszedł do telefonu i zniecierpliwionym głosem powiedział: - Halo? Zapanował dłuższa chwila ciszy, w której konfuzja Lucjana rosła. – I kiedy on umarł? ...aha...to gdzie ja mam niby przyjść?... Panie.?!On nie ma naprawdę nikogo? Poszukaj pan... No gdzie ja teraz będę zwłoki z Gdańska ściągał, panie naprawdę... Ja jestem chory, mam nadciśnienie, nie mam siły na organizację pogrzebu, jeszcze żeby kto mi pomógł ale ja sam jestem, psa mam....No dobra, to załatwcie chociaż ten karawan bo ja nie wiem, jak to się wszystko robi, co się podpisuje. Możecie chociaż tyle? No dobra...nie ma wyjścia. To kiedy przyjedzie nieboszczyk? Pojutrze. Dobrze no...Diabli nadali panie naprawdę. No nie miał kiedy umierać.... Do widzenia...Nie ma za co... PAN LUCJAN I PIESEK MIKADO- opowiadanie, cz.1
Pan Lucjan Ostrogski, z zawodu monter instalacji sanitarnych mieszka w bloku. Blok jak blok- brzydactwo. Ostatnia próba rewitalizacji posępnego molocha poprzez nadanie mu papuzich barw, przyniosła efekt opłakany. Budynek odtąd wygląda infantylnie- jak przerośnięte przedszkole. Pan Lucjan jednak nic sobie z tego nie robi. Przyodziany latem w wielofunkcyjną kamizelkę i inne bazarowe dobrodziejstwa, wyrusza aby bezcelowo łowić cuchnące wiślane ryby. Zimą zaś przemyka się do sklepu i na pocztę w sfatygowanej puchowej kurtce, w której spomiędzy szwów co i raz wypadają białe pióra. Głowę chroni od zimna klasyczna czapka uszanka. W niemal każdej czynności 58- letniemu panu towarzyszy jedyna jego pociecha- piesek Mikado. Jeśli by powiedzieć sobie wprost, że każde społeczeństwo dzieli się na klasy, można śmiało przyznać, że w psim świecie Mikado plasuje się równe nisko jak jego właściciel w ludzkim odpowiedniku. Stworzenie to nie budzi uczuć pozytywnych. Nawet nadgorliwe w stosunku do zwierząt dzieci, mijają go obojętnie. Jest to kostropaty, przysadzisty, podpalany kundel o długim i opasłym tułowiu i ratlerzym pysku wypełnionym pokrzywionymi zębami. Ujada przeciągle i skrzekliwie przy okazji każdego wyjścia na klatkę, ale zdarza mu się podejmować tę hałaśliwą czynność bez zdania racji, podczas codziennych spacerów. Nazwisko pana Lucjana, choć powinno wskazywać na wysoki status, jest jedynie słowną popłuczyną po stanie szlacheckim. Nie wiadomo bowiem, czy to błąd w mariażu znamienitego rodu, czy być może jaki szlachciura zdecydował się w miłosiernym geście podarować ten godny przydomek synowi, którego począł przypadkiem z jaką ubogą nieszczęśnicą.
środa, 13 stycznia 2010
o awangardzie myśli własne
Nie można hiperbolizować pojęcia awangardy. Nie można dodawać do niej kwadratu, gdyż staje się mutacją. Z granicznych poglądów, stylów życia i tworzenia lepiej chyba wyciągnąć pierwiastek... Święto Deszczozdechla
Na kanapie przeżuwam Resztki zdarzeń ubiegłych Kapanie kranu odmierza godziny zegar zdechł
Za oknem strugi jak sznury przydługie Lodówka gra burdon ja się tarzam jakoś
Pomiędzy pełznięciem od czajnika do krzesła męczę się tlę
Dziś DESZCZOZDECHLE o bohemie
Brakuje mi środowiska artystycznego. Bohemy. Towarzystw wzajemnej artystycznej adoracji. Skamandrytów, futurystów, domu Witkiewiczów. Większość twórców pochowała się w norach- coś tam sobie ciułają i ze średniowieczną anonimowością chowają za pazuchę swoje dzieła, żeby nikt nie widział, nikt nie ukradł. Gdzieniegdzie wdają się pokłady fałszywej skromności przeplatającej się ze znanym "siedź w kącie znajdą cię". Prawdziwych cyganów nie ma, albo gdzieś się pochowali... W drugim rogu tego zjawiska stoją pchający się na afisz performerzy tworzący przedziwne w swych nazwach frakcje.Wymyślając dla potrzeb przykładu: " Grupa artystyczna "Poodło Arlequina" zaprasza na performance "squad fluoroescencyjnej naci". Rzecz jasna- treść mierna, podpięta pod usprawiedliwiającą brak sensu i niezrozumiałość awangardę. W rolach głównych pięć deseczek, zniszczone prymitywnym bazgrołem płótno no i koniecznie osoba która w jakiś intrygujący sposób zajmuje się obróbką rzeczonej naci...Wstęp: dużo złotych, przy wejściu karteczka wyjaśniająca na co artyści tym razem chcieli zwrócić uwagę( gwoli kolejnego przykładu- do wyboru: na żywność gmo i jej wpływ na ludzkość/ na zalegające na granicy Paragwaju hałdy fluoru, toksycznie wpływające na tamtejszą populację baribali- rząd nie reaguje/ na nać samą w sobie, pomijaną przez oko zabieganego homo sapiens) W tym samym rogu muzyczni(poważni) "wizjonerzy i pomazańcy", którzy kultywując literalnie dorobek drugiej połowy XX wieku i nadal czując swoją misję niesiena kaganka postępu, wypuszczają spod piór(tudzież programów komputerowych) kolejne, skomplikowanie zatytułowane ramoty będące zlepkiem niepasujących do siebie dźwięków. Rzecz jasna wciąż twierdzą, że oto pospólstwo nie przeszło jeszcze magicznego progu nowego słyszenia i zwyczajnie nie rozumie. Nikt ich w kraju nie zna, kitłaszą się we własnym sosie a ci co przychodzą na koncert, siedzą cicho bo... zapłacili? albo chcą awansować w kulturalnych strukturach,?posłuchać?! nie wiadomo czemu... Podobnie rzecz się ma w środowisku literackim. O ile proza to tylko lekki upadek sztuki słowa, o tyle poezja jest czymś znacznie bardziej niepokojącym. Oczywiście- pierwszy postulat- poezja musi być niezrozumiałą. Modne sformułowania oscylują wokół krwi, samobójstw, szarości, niezrozumienia i fizjologii wywindowanej do rangi wydarzenia. Żeby nie było aż tak nihilistycznie- otacza nas mnóstwo osób o umyśle i duszy artysty, emanujących sztuką jak rodzajem mistycznego charyzmatu. To ludzie, którzy jeśli są dziwakami to mają to we krwi i bynajmnej, modnej odmienności sobie nie wszczepili. Poza tym tworzy ich rzeczywista chęć uwolnienia właściwej sobie ekspresji- wolnej od trendów i sztucznie wykreowanych postaw. Jeden tylko problem- gdzieś się pogubili..chociaż są...na pewno są.
sobota, 23 maja 2009
Kadr praski II
Smutne oczy fryzjera penetruja ciszę tylko upał stały klient tłoczy się w drzwiach
Okulary zegarmistrza patrzą w werki juz od lat jakby tylko one zawsze zapatrzone nie on -smutny dziad
Kadr praski
Jest takie miejsce -zadupie ciemności gdzie nawet zwykła szyba straszy
Choć lipiec nastał świąteczny drapak w kącie śmietnika jak pośmiewisko
Przy chwiejnych trzepakach dzieci piaszczyste a obok matki ich papierosy...
Na flaszek skupie jest pan, co ma w dupie rodzinę i cały system Cricoland czyli wspomnienie o dawnym lunaparku pod PKiN.
Dziś smutny łabędź zajrzał mi w oczy milczał więziony na wysokości dzień był pochmurny- nie było dzieci Cricoland ugrzązł gdzieś w codzienności
A jeszcze smutniejszy był klaun metalowy tak żałościwy w swej rdzawej starości rudymi łzami diabelski młyn płakał dziś w Cricolandzie nie było gości
Warszawa. 23.05.2004
czwartek, 21 maja 2009
Studnia. Nowy tekst do piosenki. Maria Holka
Nie ma wody nie ma w studni wyschła studnia dzis w południe a panna w płacz - skąd ja będe wode brać?!
Na furmance czarna mara baba siwa baba stara czarny jej łach czarne konie blady strach
Staje baba przy panience laskę czarną trzyma w ręce pochyla sie i do ucha szepce -jedno rzeknie mi panienka a napełni się studzienka dam ci ja wbród najwspanialszej pośród wód
Zwodzi wiedźma dziewkę młodą Kusi złotem kusi wodą jednego chce- dusze panny w ręce swe
Panna blednie i sie łamie może przystacna żądanie rodzinie mej przeto w zyciu będzie lżej
Nagle w duszy głos anioła odezwał się i wyszeptał -diabla panno to igraszka nie zgadzaj sie -babę predko odpraw
Panna nieba posłuchała drżacym głosem wyszeptała - idź babo precz diablich skarbów nie chcę mieć
Na podwórzu jasność błyska czarcia baba w pustke pryska a panna w płacz co się teraz będzie dziać
Pełna studnia deszcz się leje dziewczę się do nieba smieje bo w niebie Bóg a na studni czarny kruk
poniedziałek, 18 maja 2009
czwartek, 14 maja 2009
...
Mężczyzna pozostaje zazwyczaj bardzo długo pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie. — Julian Tuwim
wtorek, 12 maja 2009
A to pierwsza częśc mojego tekstu do najnowszej piosenki z cyklu warszawskiego
zmierzch się chyli na podwórze bazyliszka oczy lśnią synku nie zostaniesz dłużej wszystkie dzieci dawno śpią
a huśtawki blask stalowy księżycową skrzypi rdzą czekaj synku na dzień nowy na podwórku hula zło
na blaszanym starym szyldzie licho buja się i śmieje złotej kaczce jajo skradło żebyś licho na łeb spadło
cdn... |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||