Dodatki na bloga

Wpisy z tagiem: lucjan i mikado

piątek, 15 stycznia 2010
LUCJAN I MIKADO CZ. 4

Obudził się po kilku godzinach w swoim fotelu, oblizywany przez własnego psa.

-Odejdź Mikado, piesku...powiedział łagodnym głosem i zrzucił psa ze swoich kolan. Spojrzał w okno , zasępił się i przypomniał sobie rozmowę sprzed kilku godzin, Nieco już zdystansowany postanowił zacząć działać, zanim ciało kuzyna przyjedzie żałobnym wozem do miasta. Poprawił spodnie, wstał, zdjął z haczyka smycz psa, która przypominała bardziej kozi powrózek i ubrawszy w końcu uciekającego z przekorą Mikado, wyszedł na spacer. Popołudnie było gorące, ale dość wilgotne i przyjemne. Nieopodal stał kiosk. Lucjan skierował się ku niemu, aby zakupić kolejne wydanie jakiegoś brukowca oraz papierosy, równie niskiej klasy co gazeta. Wracając spotkał po drodze Helenę Korowaj, sąsiadkę z mieszkania naprzeciwko, starą plotkarę prosto z targowiska. Łączyła ich jednak wieloletnia sąsiedzka sympatia, którą zbudowali jeszcze w stanie wojennym pożyczając sobie cukier czy sól i zajmując kolejki u pobliskiego rzeźnika.

- Panie Lucjanie dzień dobry! Krzyknęła z oddali postawna kobieta dzierżąc ciężkie siaty.

- Co dobrego sąsiedzie?

- Otóż nic dobrego pani Korowajowa. Nic dobrego. Właśnie dowiedziałem się, że zmarł mój daleki kuzyn z Gdańska

- Ot i przykrość- weszła w słowo pani Helena

- Taaa... bąknął Lucjan i ciągnął dalej.  – Wie pani, niech on tam sobie w spokoju idzie od świętego Piotra, kiedyś trzeba. Najgorsze,  że mnie się ta jego śmierć na łęb zwaliła.

- Jak to? Spytała nieco oburzona mało empatyczną postawą Lucjana sąsiadka

- Ano tak to pani Korowajowa. Tak to. Dziadyga jeden całe życie krowom pod ogony zaglądał a nie miał czasu dla własnej rodziny. Wiedział ze ja sam, i że on sam, to nigdy nie zadzwonił, życzeń na gwiazdkę nie złożył, Gdziee tam..- Machnął ręką. Widząc niezrozumienie w oczach rozmówczyni wytłumaczył- On oborę i skup mleka całe życie prowadził. Nic poza tym nie robił. Dało się z nim porozmawiać o Bogu i krowach. Nieważne zresztą pani Korowajowa. Najgorsze w tym wszystkim to, że teraz mućki pogrzebu mu jakoś nie chcą zorganizować i wszystko ja muszę

23:08, mariaholka
Link Dodaj komentarz »
LUCJAN I MIKADO CZ. 3

Pan Lucjan odłożył słuchawkę. Śmierć  dalekiego kuzyna znad morza nie wywarła na nim specjalnego wrażenia. Jedyne, co go w tej chwili zasmuciło, to wizja najbliższych dni poświęconych załatwianiu ostatniej drogi komuś, kogo ostatni raz widział na pogrzebie własnego ojca. Andrzej Chołotko- stryjeczny brat matki, całe życie poświęcił prowadzeniu obory i punktu skupu mleka w podgdańskiej wsi. Praca z krowami absorbowała go do tego stopnia, że nigdy nie miał nawet głowy by złożyć komukolwiek z rodziny urodzinowe życzenia. Przydybany raz na jakiś czas przez któregoś z rodziców Lucjana, miał zwyczaj mawiać: „ Eej tam, ja bym się nawet odezwał, ale jak ja mogę o siedmiu zbójach rozprawiać, kiedy z tym interesem cały czas pod górkę. Proszę Boga i zakładam, że wysłucha, żeby mojej rodzince nic złego się nie działo i co tu gadać  potem jak wiem, że to jakoś na pewno idzie. Nie?” Lucjan szczerze nie cierpiał postawy Andrzeja i poprzysiągł sobie nie odzywać się do niego po śmierci matki i ojca pod żadnym pozorem. Nie myślał jednak nigdy, że przyjdzie mu w udziale organizować pogrzeb kuzynowi, który całe życie zaangażowany w mlekodajne stworzenia, nie zdołał założyć własnej rodziny.

-Psia mać, diabli nadali... – mruknął pan Lucjan. Zawiesił wzrok na psie Mikado, który nieświadom sytuacji saneczkował w najlepsze po dywanie ujadając co i raz.

- Mikado! Złaź stąd! Gdzie mi dupą wycierasz?! Mikado odebrał krzyk Lucjana jako hasło do zabawy i przybiegłszy do swego pana, zaczął zaczepnie atakować jego kapeć. Pan Lucjan wziął do ręki gazetę i pogonił natręta w drugi koniec pokoju. Ten niezmordowany zaczął monotonnie szczekać

- Kurwa twoja mać... Złość pana Lucjana urosła tak, że jego twarz spąsowiała a żyły wyszły mu na całym ciele. Obawiając się o swoje zdrowie, zmierzył ciśnienie, zanotował nieco za wysoki wynik na skrawku gazety i zażył pigułkę.

20:24, mariaholka
Link Dodaj komentarz »
LUCJAN I MIKADO- CZ.2

Pewnego dnia, a był to środek lata, pan Lucjan starym zwyczajem przyrządził sobie o  poranku parówkę, którą podzielił między siebie a pupila, wypił powolnie kilka łyków podłej kawy rozpuszczalnej a następnie wstał i wywlekając zza drzwi swojego pokoju całą stertę klamotów, dobył sfatygowaną wędkę i poszedł przygotować się do wymarszu na nadwiślański brzeg. Wykonał jeszcze pośpiesznie telefon do swojego kolegi Waldka, który tłumacząc się pokrętnie starał  ukryć fakt, że oto nad aparatem telefonicznym stała żona- Celina, czuwając, aby małżonek dotrzymał obietnicy o dzisiejszym montażu karnisza w salonie. – Waldemar, we łbie ci się poprzewalało na stare lata, ja ci tego nie poukładam. Nic to, bywaj. Ja tam idę, bo coś mnie dziś świerzbi w ręku, znaczy że ryby będą brały jak złoto. Pa….  Lucjan odłożył słuchawkę, zapakował swój rybacki ekwipunek, obróciwszy się w drzwiach, zawołał walającego się leniwie po dywanie Mikado, przekręcił klucz w zamku i szedł już do windy. Kilka kroków od mieszkania usłyszał, że dzwoni jego telefon. Zatrzymał się na chwilę. Pomyślał, że to pewnie Waldek zawiązał z żoną rozejm i zdecydował się towarzyszyć mu  w dzisiejszym wędkowaniu. Kiedy z powrotem otworzył drzwi, telefon nadal dzwonił, jednak nim zdążył do niego dobiec, aparat umilkł. Lucjan podniósł słuchawkę i wykręcił na powrót numer Waldka.- To ty do mnie dzwoniłeś przed chwilą? Nie...Aha. Nie pożegnawszy się Lucjan rzucił słuchawkę na widełki i ruszył do wyjścia. Nie zdążył wyjąć klucza, gdy dzwonek rozległ się ponownie. Podirytowany podszedł do telefonu i zniecierpliwionym głosem powiedział: - Halo? Zapanował dłuższa chwila ciszy, w której konfuzja Lucjana  rosła. – I kiedy on umarł? ...aha...to gdzie ja mam niby przyjść?... Panie.?!On nie ma naprawdę nikogo? Poszukaj pan... No gdzie ja teraz będę zwłoki z Gdańska ściągał, panie naprawdę... Ja jestem chory, mam nadciśnienie, nie mam siły na organizację pogrzebu, jeszcze  żeby kto mi pomógł ale ja sam jestem, psa mam....No dobra, to załatwcie chociaż ten karawan bo ja nie wiem, jak to się wszystko robi, co się podpisuje. Możecie chociaż tyle? No dobra...nie ma wyjścia. To kiedy przyjedzie nieboszczyk? Pojutrze. Dobrze no...Diabli nadali panie naprawdę. No nie miał kiedy umierać.... Do widzenia...Nie ma za co...

20:23, mariaholka
Link Dodaj komentarz »
PAN LUCJAN I PIESEK MIKADO- opowiadanie, cz.1

Pan Lucjan Ostrogski, z zawodu monter instalacji sanitarnych  mieszka w bloku. Blok jak blok- brzydactwo. Ostatnia próba rewitalizacji posępnego molocha poprzez nadanie mu papuzich barw, przyniosła efekt opłakany. Budynek odtąd wygląda infantylnie- jak przerośnięte przedszkole.

Pan Lucjan jednak nic sobie z tego nie robi. Przyodziany latem w wielofunkcyjną kamizelkę i inne bazarowe dobrodziejstwa, wyrusza aby bezcelowo łowić cuchnące wiślane ryby. Zimą zaś przemyka się do sklepu i na pocztę w sfatygowanej puchowej kurtce, w której spomiędzy szwów co i raz wypadają białe pióra. Głowę chroni od zimna klasyczna czapka uszanka. W niemal każdej czynności 58- letniemu panu towarzyszy jedyna jego pociecha- piesek Mikado. Jeśli by powiedzieć sobie wprost, że każde społeczeństwo dzieli się na klasy, można śmiało przyznać, że w psim świecie Mikado plasuje się równe nisko jak jego właściciel w ludzkim odpowiedniku. Stworzenie to nie budzi uczuć pozytywnych. Nawet nadgorliwe w stosunku do zwierząt dzieci, mijają go obojętnie. Jest to kostropaty, przysadzisty, podpalany kundel o długim i opasłym tułowiu i ratlerzym pysku wypełnionym pokrzywionymi zębami. Ujada przeciągle i skrzekliwie przy okazji każdego wyjścia na klatkę, ale zdarza mu się podejmować tę hałaśliwą czynność bez zdania racji, podczas codziennych spacerów.

Nazwisko pana Lucjana, choć powinno wskazywać na wysoki status, jest jedynie słowną popłuczyną po stanie szlacheckim. Nie wiadomo bowiem, czy to błąd w mariażu znamienitego rodu, czy być może jaki szlachciura zdecydował się w miłosiernym geście podarować ten godny przydomek synowi, którego począł przypadkiem z jaką ubogą nieszczęśnicą.

20:11, mariaholka
Link Dodaj komentarz »